Gim2 (Gizman2) - blog z życia codziennego i nie

Styczeń 2017

Szpital psychiatryczny

Muszę przyznać, że są takie dni, że moje receptory ledwo nadążają rejestrować, co się dzieje. Ostatni tydzień właśnie tworzył łańcuch tak niezwykłych i intensywnych zdarzeń.

Byłem więc związany z pewnym skandalem pseudo-gejowskim, piłem wino, piwo, wódkę i bimber, robiłem dużo (jak na mnie) zdjęć, chodziłem po dachach – cały trzęsąc się – z aparatem w ręku, słuchałem niesamowitych historii o genetycznych krzyżówkach między królikami i szczurami, rozdeptywałem ślimaki, poznałem nietuzinkowe postacie, uratowałem wiele istnień ludzkich przed mafiosem w białym dresie i słuchawką bluetooth w uchu, oraz – uwaga! – dostałem się na oddział psychiatryczny pewnego szpitala.

Nie, wcale nie jest tak, że piszę do Was ze szpitalnej klitki, a tym bardziej nie mam na sobie fartuszka z przydługimi rękawami – dostałem się tam z całym osprzętem fotograficznym i ze światłomierzem na szyi – żeby zmierzyć się z tym, co wyczytałem kiedyś w temacie robienia zdjęć w takich miejscach:

“Masz wejscie do dyrekcji, wpuszczą Cie do szpitala, idziesz, robisz, a ze rzadko kto ma tez wejscie wiec jestes jedyny. To czyni material wyjatkowym na starcie. Reszta to kadry, ktore same wystarczają.
Nie musisz sie skupiac.”

Jednym słowem:

“Najczystszej postaci łatwizna!”

Tyle, że to pisał człowiek, który – o ile wiem – nigdy nie dostał się jako fotograf do szpitala i nie próbował zrobić tam zdjęć. Mi się udało, byłem tam, a na dodatek dość szybko przeżyłem momenty, które zdecydowanie miały cechy “samograja”: obezwładnianie, krępowanie pasami, zastrzyki, chaos, płacz, szaleńczy śpiew, i tak dalej, i tak dalej.

No więc jestem z powrotem, tu i teraz – by zaświadczyć, jakie to proste. Ale najpierw – spróbujcie sobie wyobrazić, z iloma zdjęciami wychodziłem ze szpitala.

Wyobraźcie sobie to teraz – na trzy zamknijcie oczy i odczytajcie telepatycznie informacje z mojej głowy. Raz…, dwa… trzy! – i wszyscy mówimy na głos liczbę zdjęć zrobionych przez Rudolfa na oddziale psychiatrycznym! Teraz konfrontujemy to z rzeczywistością. Otóż, jak pewnie wiele osób odczytało w mojej głowie (czułem przez chwilę Waszą obecność) – wyszedłem stamtąd z nienaświetlonym filmem.

Da się w takich miejscach robić zdjęcia, to oczywiste. Ale to jest naprawdę cholernie trudne – ja nie dałem rady, mimo, że chciałem. Jeśli się ma choć odrobinę szacunku do istot ludzkich tam zgromadzonych, to po prostu blokada moralna jest zbyt silna – i może ją przezwyciężyć jedynie cholernie dobry powód, uzasadnienie mocniejsze niż suma nieszczęść zgromadzonych w takim miejscu.

Oczywiście, podejrzewam, że ktoś nieczuły, jakiś totalny socjopata, też by tam zrobił materiał – tyle, że wątpię w to, że byłby to dobry materiał.

Jedynym wyjściem, jakie dziś widzę, by zrobić zdjęcia na oddziale psychiatrycznym, jest zostać jednym z pacjentów i powoli, dzień po dniu, przyzwyczajać siebie i pacjentów do procesu fotografowania. Zyskać akceptację nie tylko ich samych, ale również ich prawnych opiekunów. Hmmm… to chyba oznacza, że musiałbym zostać zamknięty na co najmniej kilka miesięcy. Muszę to przemyśleć, ale – niech mnie diabli - mam nadzieję, że pokolenia docenią, jak się poświęcam dla fotografii! ;)

Mistrz

- Proszę się obudzić! Halo, słyszy mnie pan?
Głos stał się natarczywy, dudnił boleśnie w głowie. Z trudem otworzyłem oczy, obraz powoli wyostrzał się.
- Budzi się pan? Zaraz przyjdzie lekarz.
Pielęgniarka wyszła, a ja zasnąłem.

*

- Niepokoi mnie pana senność, musimy pana zatrzymać na obserwację.
Lekarz wyglądał na zmęczonego.
- Ma pan szczęście. Znalazł pana jakiś wędkarz i wezwał karetkę. Zamarzłby pan tam. Czy chce pan porozmawiać z policją?
Policja? Ciężko było zebrać myśli.
- Pamięta pan co się stało? Mam zawiadomić policję?
Odchrząknąłem i wydobyłem głos z gardła.
- Nie, nie trzeba policji. Nic takiego się nie stało…
Lekarz odetchnął z ulgą.
- No i dobrze, mniej papierów. Proszę odpoczywać.
Wyszedł. Rozejrzałem się po szpitalnym pokoju. Torba ze sprzętem leżała obok szafki.

*

- Czemu w ogóle chciałeś się ze mną spotkać?
Pociąg odjeżdżał ze stacji Warszawa Stadion, powolnym krokiem szliśmy w kierunku Wisły po pustym, zaśnieżonym peronie.
- Widzisz, ludzie teraz mają Internet i nie doceniają normalnych kontaktów międzyludzkich. Kiedyś nosiłem pudełko odbitek, takich małych, dziesięć na dziesięć. Spotykałem znajomego na ulicy, „cześć, popatrz na moje nowe zdjęcia”. Oglądaliśmy je, gadaliśmy, śmialiśmy się…
- Ale dlaczego ja?
- Podobało mi się jak podszedłeś do tematu bezdomnych. Wracałeś do nich, to widać na zdjęciach.

*

Nie wiem dokładnie gdzie mieszka, na Ochocie, na Okęciu – za Chiny nie znajdę. Robił slajdy – zapamiętałem, że oddaje je do tego samego zakładu co ja. Tam go przydybię… Do cholery, musiał być jakiś powód! Należą mi się wyjaśnienia. I to szczegółowe!

*

- Zastanawiałeś się, dlaczego w ogóle ludzie robią zdjęcia? Co ich do tego gna? – spytałem.
- Ludzie robią zdjęcia, bo nie potrafią malować, pisać, grać na gitarze, a chcą wyżyć się twórczo. Chcą swoich piętnastu minut sławy. Patrz, ten tam też robi zdjęcia, ma aparat!
- Nie, to wędkarz jest.

Weszliśmy na ostrogę. Pociąg przemknął po moście, kry leniwie sunęły po Wiśle. Słońce podtapiało coraz bardziej mokry śnieg. Było cicho, jedynie kry przy zderzeniach wydawały chrzęszczący dźwięk. Rozglądaliśmy się za kadrami i szykowaliśmy sprzęt.

*

Poprawiłem bandaż na głowie i podszedłem do wejścia do zakładu. Gdy wychodził, zastąpiłem mu drogę.
- I jak? Wyszły?
Patrzył na mnie zaskoczony.
- Czego chcesz?
- Czego chcę? – prawie krzyknąłem – Chcę wiedzieć dlaczego?
- Nie powiem ci. I co teraz zrobisz?
- Patrz! – wyciągnąłem z kieszeni kasetkę z filmem. - Mogę się założyć, że mi też wyszły! Pokażę je policji, tam je na pewno docenią.
Milczał.
- Chodź gdzieś, to pogadamy.

*

- Fotografia to nie jest sztuka. Fotografia nie może być przegadana. Zresztą, ja nie umiem mówić o fotografii. Pójdź na takie spotkanie w Zachęcie, gdzie taki pan ładnie mówi. Ja byłem. Wróć. W zasadzie, to nie wiem czy ten pan w Zachęcie ładnie mówił. Nic nie zrozumiałem. Ale pewnie ma rację, bo jest teoretykiem fotografii, studiował ją i jej naucza. Potem zerkasz z ciekawości na jego zdjęcia i zastanawiasz się, o co w tym wszystkim chodzi. Bo chyba nie o zdjęcia. A jak nie o zdjęcia, to pewnie o Fotografię. Przez wielkie F.
- Ale co to ma do mnie?
- Byliśmy tam wtedy i ty tak gadałeś. Gadałeś i gadałeś. Gdy wchodziliśmy na nasyp, nie wytrzymałem. Poniosło mnie. Pechowo spadłeś.

Słowa kręciły się w kółko w głowie, brzmiały, a nic nie znaczyły. Długo milczałem.
- Masz u mnie dług. Zrobisz coś dla mnie.
- Co?
- Będziesz moim Mistrzem.
- Co??
- Mistrzem.

*

- Proszę pana! Nic panu nie jest? Wezwać karetkę?
Głos przestraszonej kobiety przebijał powoli się do świadomości. Chwyciłem podaną mi rękę.
- Nie, już dobrze.
Niezdarnie wstałem.
- Proszę się nie śmiać, ja tylko… Ja tylko chcę dobre zdjęcia robić.
Zostawiłem zdumioną twarz za sobą i pokuśtykałem w kierunku wejścia do metra.
Zmierzchało. Warszawski smog dodawał kolorów zachodzącemu słońcu.