Gim2 (Gizman2) - blog z życia codziennego i nie

Maj 2017

Widziałeś to?

Dwóch nieogolonych mężczyzn weszło dziarskim krokiem do budynku stacji benzynowej. Trzymali ręce w kieszeniach i starali się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z personelem obsługi. Zresztą, nawet gdyby ktoś im powiedział „Dzień dobry”, to i tak by nic nie zrozumieli, bo nie mówili po norwesku.

Korzystając z faktu, że obsługa obiektu skupiona jest na rozliczaniu zakupów normalnych klientów, wbili się bezpardonowo do malutkiego pomieszczenia kryjącego toaletę, wyjęli sprawnie z kieszeni szczoteczki do zębów oraz pastę, i… szybko, acz sprawnie dokonali pierwszej w tym dniu ablucji. Bez słowa wytarli twarz i ręce, schowali przybory i z niczym niezmąconym spokojem malującym się na świeżo wymytych obliczach opuścili stację benzynową. Ich błyskawiczna akcja nie uszła jednak uwadze wtopionemu w tło ochroniarzowi, który pokręcił z niesmakiem głową i wyszeptał gardłowo po arabsku: „Śmierdzący geje”.

Nie będziemy się zagłębiać w dalsze losy ochroniarza – dość powiedzieć, że wróciwszy do domu wyżalił się ze swojego niesmaku bratu, równie ortodoksyjnemu, co zaowocowało łańcuszkiem następnych telefonów i mejli, który to przeistoczywszy się w niekontrolowaną lawinę spowodował panikę i masakrę na pewnej bardzo znanej, acz kontrowersyjnej paradzie kilka dni później na zachodzie Niemiec.

***

Zapewne co uważniejsi czytelnicy domyślili się już, że dwóch rzekomych gejów wcale gejami nie było – wręcz przeciwnie, jeden z nich przejawiał wyraźne tendencje homofobiczne; obydwaj za to pochodzili z Polski i nie myli się od dwóch dni. Ich historia jednak nie jest taka prosta, pozwólcie więc, że cofnę się o kilkanaście miesięcy wstecz.

Obydwaj nasi bohaterowie w tamtym okresie pracowali w dużych firmach. Jedna z tych korporacji miała w zwyczaju organizować cykliczne „czaty” internetowe z najważniejszymi osobami z Zarządu. Ponieważ organizacja składała się z oddziałów w różnych państwach Europy Środkowo-Wschodniej, te wirtualne pogadanki odbywały się w języku angielskim. I tak się jakoś złożyło, że jeden z bohaterów tej opowieści na każdym czacie czytał z ekranu swojego monitora pytanie zadane z „anonimowego” tłumu; pytanie absolutnie niepasujące do korporacyjnych standardów i wprawiające w zdumienie za każdym razem kolejnego wysoko postawionego osobnika. Pytanie to brzmiało: „Did you see fjords?

Ponieważ nasz bohater był stosunkowo wysoko zamocowany w hierarchii tej organizacji, jego chory i naładowany spięciami elektrycznymi umysł wykoncypował, że nadrzędnym celem w życiu powinno być odpowiedzieć na tak postawione pytanie twierdząco – w razie gdyby ktoś mu je kiedyś zadał. W międzyczasie jednak Los realizował swój własny plan, który sprawił, że obaj bohaterowie zostali bez pracy, za to z kieszeniami pełnymi… optymizmu.

I tak pewnego dnia…

– Rudolf?

– Halo! To ty?

– Rudolf, słyszysz mnie?

– Halo, halo! Jacek? Coś słaba jakość! Nic nie słyszę! — Rudolf trzymał przed ustami słuchawkę swojej komórki i wkurzał się niemiłosiernie na nowe technologie. Zwykle zawodziły go w ważnych sytuacjach.

– Pszszszz pszszsz krrrrrrrrrt pszszszszsz — usłyszał.

– Cooo?? Gdzie chcesz jechać?

– Kszszszrrrrrwegię! Na zdjęcia!

„Fjordy!” — ni stąd, ni zowąd przemknęło naszemu brodatemu fotografowi.

– Jadę!!! Tylko wyślij mi mejla, a ja tu urobię małżonkę! — wykrzyknął i się rozłączył. Otarł pot z czoła i zamyśliwszy się zobaczył oczyma wyobraźni tę piękne kadry, które przywiezie.

Już nie mógł się doczekać.

***

Jeśli ktoś myśli, że wyjazd dwóch fotografów na plener fotograficzny odległy o tysiące kilometrów z zapasem Żołądkowej Gorzkiej oraz paroma kęsami Mielonki Turystycznej jest prosty, to się grubo myli. Dwóch fotografów, gdzie każdy posiada przerośnięte ego (tego nas uczy Internet, nie miejcie do nich żalu!) – to mnóstwo konfliktowych sytuacji każdego dnia. A dni miało być cztery.

Póki co nastał dzień pierwszy, panowie jechali granatowym Volvo na lotnisko – a Rudolf płakał.

Jacek czuł się dość nieswojo widząc łzy kolegi, ale mimo wszystko kontynuował opowieści – barwne dzieje fotografów, historie z tajemniczych krain, dzieje prawdziwe i zmyślone. Co prawda łzy brodacza wynikały z ukrytej wady jego oczu, które po prostu zbuntowały się w obliczu kaskad powietrza z klimatyzacji, ale mimo wszystko sytuacja wyglądała dramatycznie.

Równie dramatycznie wyglądała sytuacja, gdy panowie – późnym wieczorem, już na miejscu – odebrali wypożyczone auto: sprawdziwszy bagaż okazało się, że zmaltretowana torba kryje w swym wnętrzu równie zmaltretowane masło, które zapaskudziło połowę suchego prowiantu. Proces czyszczenia wszystkiego za pomocą mokrych chusteczek marki Bambino przerwał pracownik wypożyczalni aut, który zwyczajnie zbierał się do domu. Zobaczywszy dwóch Polaków, zapaskudzony masłem i chusteczkami asfalt, otwartą torbę z suchym prowiantem w nowiutkim aucie – zdążył tylko wykrzyknąć „Sacrebleu!” i stracił przytomność.

– Spoko, w razie co mam nerkowce — powiedział brodacz do kompana, widząc jego przygnębienie.

– Futerkowce?

– Nerkowce. Takie orzeszki.

– Aaaa — odpowiedział Jacek przytomnie. — Myślałem, że to jakieś zwierzątka i tak się właśnie dziwiłem, że ich w ogóle nie słychać.

„Tego dnia nie zrobiliśmy żadnego zdjęcia” — zapisał Rudolf w swoim pamiętniku.

***

Dzień drugi nie przyniósł wielkiej poprawy – cały czas lało. Mimo, że obydwaj dżentelmeni mieli podobne aparaty i kadrowali w kwadrat, ich podejście było zgoła odmienne – jeden cieszył się z wszechobecnych, nawet narzucających się kadrów, drugi – wręcz przeciwnie: marudził i narzekał, że nie ma na czym oka zawiesić. Ewidentnie powstawało twórcze napięcie. Tylko co z tego, skoro zdjęcia robił tylko jeden z nich?

– Jak ty to robisz? — marudził brodacz. Jacek uśmiechał się tajemniczo i kadrował następne „zdjęcie dnia”. Nad jego ramieniem latała srebrna wróżka, niczym z Piotrusia Pana. Wydawała brzęczące odgłosy i sypała srebrnym pyłkiem.

– I kto to w ogóle jest?! — narzekał Rudolf. Stał z boku i zazdrościł ze wszystkich sił koledze, który ewidentnie miał wenę.

– To Maja.

– Ona leciała z nami, czy tutaj ją złapałeś? — Maruda pochylił się z wykrzywioną twarzą w kierunku latającego zjawiska. Zgrabna miniaturka kobiety zatrzepotała skrzydełkami i wypięła piersi.

– Całkiem niezła — mruknął brodacz pod nosem.

– O, tam jest fajne miejsce, i chyba można wejść. Idziemy? — rzucił Jacek i pognał wesoło na wielki głaz. Jego kolega powlókł się za nim smętnie rozglądając się na boki. Za chwilę rozległ się specyficzny trzask migawki Hasselblada i Jacek zmierzył światło na motywie, który właśnie sfotografował. Chwilę potem sytuacja się powtórzyła: najpierw trzask migawki, potem mierzone światło.

– Yyyyy — zagaił Rudolf do kolegi. — Czemu tak robisz?

– Ale co?

– No, najpierw robisz zdjecie, potem mierzysz. Trochę dziwne.

– Zawsze tak robię. I dlatego zawsze mam zajebiście naświetlone zdjęcia.

– Słuchaj, słyszałem o tym, że w mechanice kwantowej owszem, może istnieć coś takiego jak naruszenie związku przyczynowo-skutkowego. Ale w fotografii?

Zapadła chwilowa cisza.

– Chcesz powiedzieć, że twoja fotografia działa na granicy z mechaniką kwantową? — indagował Rudolf kolegę. Jacek ewidentnie znowu go wyprzedzał.

– Na granicy??? Ona przekracza tą granicę! — ten wykrzyknął i śmiejąc się okrutnie, z Mają na ramieniu zbiegł w kierunku samochodu.

Nie pozostawało nic innego, jak jechać dalej.

W samochodzie napięcie narosło; Jacek szeptał z Mają, a Rudolf z każdą minutą czuł się coraz bardziej wyobcowany. Niewykluczone, że właśnie dlatego za nocleg obrali stary, opuszczony cmentarz. Cmentarz zdaje się magiczny, bo w pewnym momencie Jackowi objawił się wspaniały, dumny jeleń z wielkim porożem – stali tak przez chwilę naprzeciw siebie bez ruchu. W końcu jeleń mignął w krzaki.

– Według wierzeń pogańskich, jeleń z porożem to symbol Rogatego Boga. Męskiej Witalności. Partnera Wielkiej Bogini — szeptała Maja Jackowi do ucha. — Zwykle czeka w miejscu, które jest z zasady pozbawione życia, więc jakby wszystko się idealnie składa. To Spotkanie Mocy!

Fotografowie spojrzeli po sobie bez słowa.

***

Dzień trzeci przyniósł wreszcie prawdziwe fiordy. Takie, jakie widuje się czasem na plfoto – z samotnymi łódeczkami i innymi bajerami. Fiordy jako takie, okazały się miłe i oswojone – i nawet nie gryzły. Mimo wszystko niewiele się działo, bo Rudolf musiał załatwiać biznesy przez telefon, a Jacek wciąż szeptał z Mają o swoich sprawach. Jednak w końcu pojawiło się miejsce, które lekko podniosło ciśnienie obydwu fotografom – zatrzymali migiem auto i wyskoczyli z aparatami. Po czym wskoczyli migiem z powrotem, bo gruby, łysy Norweg przepędził ich z dopiero co przystrzyżonej trawki.

– Ju ken bi hier, bat kennot park e kar — tłumaczył łagodnie.

Zniecierpliwieni (bo kadry uciekają) bohaterowie przestawili auto i rzucili się w pogoń za obrazami.

Oczywiście na miejscu dostojnie zwolnili i uważnie, acz dyskretnie obserwowali wszystko dokoła: rzekę, poruszane wiatrem gałęzie, chmury i bawiące się dzieci. Rudolfowi pięknym wydało się, że każdy z nich wygląda na zachwyconego miejscem i okolicznościami, a jednocześnie kierują obiektywy w skrajnie różne miejsca. Myśląc o tym aż się do siebie uśmiechnął, ustawiając jednocześnie aparat tak, by złapać bawiącego się w wodzie chłopca.

Jak jest? — kolega z pląsającą Mają na ramieniu podszedł i stanął przed obiektywem brodacza. Widząc, że ten ma ewidentnie (wreszcie) wenę uśmiechnął się szeroko.

Rudolf milcząco machnął ręką, dając znać, by kolega odsunął się w prawo, na co ten uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Spieprzaj! — syknął brodacz zniecierpliwiony, skutecznie gasząc przyjaciela.

Tamtem odszedł, zwiesiwszy głowę; po czym popatrzył z boku przestępując z nogi na nogę.

– Myślisz, że ma zapędy pedofilskie? — szepnął wreszcie do srebrnej postaci ze skrzydełkami. Ta roześmiała się perliście, ale nic nie odpowiedziała. Wreszcie – po dziesięciu minutach – rozległ się długo wyczekiwany trzask migawki i Triumfujący Rudolf dołączył do „ferajny”.

Ta noc była zdecydowanie jaśniejsza – obydwaj bohaterowie spali głęboko i spokojnie, mimo, że znowu wypadło nocować przy lokalnym cmentarzyku. Tym razem jednak żaden łoś się nie zjawił.

***

Czwarty dzień oznaczał powrót – i prawdopodobnie dlatego do zespołu zawitała depresja.

– Mam depresję — marudził brodacz prowadząc auto.

– I nie wiem, co dalej — kontynuował, jako że nie wzbudził wielkiego zainteresowania. — Może powinienem robić więcej zdjęć? Ale jak nie ma kadrów…

– Też bym zrobił łódeczkę — mruczał schylonemu nad kolejnym kadrem koledze — ale nie umiem.

– Zrobiłbym cokolwiek, byle przełamać złą passę. A może to twoja wina, ta depresja? — zastanawiał się idąc z przyjacielem przez krzaki i kamienie, w kierunku opuszczonego pomostu.

– Chociaż ja wiem? Może to dlatego — ciągnął prowadząc auto, coraz bardziej pewien, że nikt go nie słucha — że nie noszę od rana mojej magicznej czapeczki?

– Zatrzymaj tutaj — gorączkowo rzucił Jacek wyjmując sprzęt i światłomierz.

– Jasne, czemu nie — ponuro skwitował brodacz i wcisnął hamulce.

– Wiesz, ja chyba mam problem — sapnął ledwo nadążając za kolegą – szli w kierunku samotnego drzewka, a lokalni młodzieńcy przerywali ze zdziwieniem koszenie trawy, patrząc na dwóch dziwaków.

– Wiem, masz depresję.

– Nie, nie, poważniejszy. Bo widzisz… — Rudolf spauzował, zbladł, złapał się za czapeczkę, drugą ręką ogarnął dyndający światłomierz i torbę z aparatami, po czym pognał co sił w kierunku najbliższej toalety.

Dziesięć do piętnastu minut później wrócił do Jacka, który oczywiście już dawno skończył robić zdjęcia.

– Jestem — oznajmił dziarsko. Rozejrzał się, po czym kiwnął z aprobatą głową:

– To drzewko jest całkiem niezłe. Tylko ja tu potrzebuję… — wystawił język, odwrócił się tyłem do fotografowanego obiektu i spojrzał w trzymany nad głową (do góry nogami i odwrócony tyłem) aparat.

– Znowu znalazłeś jakieś futerkowce? — z niesmakiem skomentował kolega, po czym zrobił zdjęciem oszalałego Rudolfa komórką.

– Tak! Teraz czuję, że żyję! — wykrzyknął Rododendron i pognał do auta popychając przyjaciela przed sobą.

Jakby na potwierdzenie tych słów kilkadziesiąt minut później znów zjechał na pobocze i z wdziękiem „trzasnął” następną „fotkę”.

– Widzisz, widzisz?! Już wiem, co trzeba, żeby wypaść z depresji i złapać wenę! Już wiem! — cieszył się jak dziecko.

Jacek i Maja spojrzeli po sobie w milczeniu.

– W sumie wyjazd był super — opowiadał potem Jacek na wspomnieniowej imprezie — ale ja na razie nigdzie się z Rudim nie wybieram. Ot, czasu nie mam.