Gim2 (Gizman2) - blog z życia codziennego i nie

Czerwiec 2017

Cicho sza!

Wiem, wiem - zrobiłem kolorowe zdjęcie. Sypię głowę popiołem.
Ale cieszę się jak dziecko - lampy to świetna zabawa!

Powiem jednakowoż, co w końcu kupiłem - może komuś tym samym pomogę w wyborze:

  • 2 statywy oświetleniowe;
  • lampę 400Ws;
  • lampę 200Ws (w tym samym systemie, więc akcesoria między nimi wymienne);
  • softbox 60×90 (chciałem większy, ale nie było - widzę jednak, że być może w przyszłości skuszę się na większy i może ośmiokątny?);
  • parasolkę odbijająco-przepuszczającą.

Secik jest duży, robi wrażenie, i dobrze się z nim pracuje. Co ciekawe, gdybym się skusił (jak planowałem) na lampy BOLING, gdzie kabel synchro jest dwumetrowy - wściekałbym się. Jak mawiają - diabeł tkwi w szczegółach.

Aha, jakby co, mam namiar na człowieka w Warszawie, który trejduje lampami funsports - miły, kompetentny i uczynny.

Najbardziej niezwykła niedziela

Wczorajsza niedziela była jedyna w swoim rodzaju. Narobiłem tyle zdjęć, że czeka mnie ładnych kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt godzin skanowania.
Dzień zaczął się o 6 rano, po czym godzina za godziną, minuta za minutą, jedyną rzeczą, której poświęcałem swój czas było robienie zdjęć. Zresztą, nie tylko ja poświęciłem czas – przez te kilkanaście godzin towarzyszył mi mój pierworodny syn, małżonka w charakterze “menedżera eventu” oraz niesamowita modelka, która po kilkunastu godzinach pracy miała jeszcze mnóstwo energii i entuzjazmu!
Powiem jedno – grunt to otaczać się odpowiednimi ludźmi.

Swoją drogą, podczas krótkiego pobytu w Łazienkach napotkałem fotografa, który kierował obiektyw na drzewka, listki, i inne takie (ładne, nie powiem, bo światło dopisało) elementy przyrody. Ja ze swoją ekipą, z kobietą, którą mogłem usadzić w kadrze (używając tych elementów Natury tylko jako tła) – muszę przyznać – czułem wyższość nad kolegą po fachu. Właśnie dlatego, że miałem element ludzki, który ożywiał kompozycję. Wiem, okropnie się zachowuję, ale najzwyczajniej w świecie po prostu współczułem temu panu. ;)

Kwadrat Wieczorową Porą…

Mam mały problem z kadrowaniem nocą. Jeszcze nie bardzo wiem, jak go rozwiązać, mimo, że próbowałem już paru sposobów…
Dziś dopiero zrobiłem ostatnią klatkę, którą widać powyżej. Jedziemy do labu wywołać film, i Kasia pyta:
– Zadowolony jesteś z tej ostatniej klatki?
– Zadowolony?? Ja nawet nie wiem co tam jest. Przecież nic nie widziałem, jak kadrowałem, za ciemno było, kobieto!
– To po co robisz zdjęcie, jak nie wiesz co na nim jest? I po co nas ciągasz po podejrzanych miejscach w taki zimny wieczór?

Otóż to. Jak jest ciemno - a czasami lubię sobie zrobić wtedy zdjęcie - mam problem, bo nic nie widzę na matówce. Jeszcze jest nienajgorzej, jak jest księżyc, albo jakieś słabe chociażby światła. Ale dziś do wschodu księżyca było jeszcze parę godzin, jak kadrowałem! No i jaśniejszej matówki już chyba nie znajdę…
Próbowałem już dwóch sposobów, żeby sobie z tym poradzić:

  1. Biorę latarkę i świecę po najbliższej okolicy wydobywając pierwszoplanowe obiekty (problem się pojawia znowu, jak najbliższe obiekty są na tyle daleko, że nie starcza mocy latarki);
  2. Daję np. telefon ze świecącym wyświetlaczem w ręce Kasi, i ganiam ją w obrębie kadru, ustawiając w ten sposób pole widzenia obiektywu.

Niby w porządku, ale nie do końca. Nie wiem, może coś wymyślę… Może trzeba dupkę Polaroida kupić, żeby prewki robić? ;)

Jest jeszcze jeden pomysł - po ustawieniu statywu musiałbym narzucić jakieś nakrycie na mnie i aparat tak, by odizolować się od zewnętrznego światła, czy jakiejkolwik poświaty, i poczekać, aż mi się wzrok przystosuje do poziomu oświetlenia widocznego na matówce. Ale coś czuję, że to tak nie zadziała.

Powoli też myślę, żeby całkiem zrezygnować z kolorowych filmów. Jako drugi nosiłbym wtedy jakiś czulszy niż 100, np. Tri-X [ISO400]…

Poszukiwacze zaginionej weny

Symptomy pojawiły się dawno temu. Rudolf zaczął wdawać się w gadki z Roderykiem, co odbijało się na ich stosunkach z całym otoczeniem, a przede wszystkim z małżonką tego pierwszego. Robienie zdjęć było coraz bardziej obarczone jakimiś nieokreślonymi oczekiwaniami i sytuacja nie wyglądała na taką, która może się polepszyć. Należało działać.

– Ale czego tak naprawdę chcesz?! — dość młoda blondynka prawie krzyknęła do idącego ramię w ramię ponurego Rudolfa idąc w zatłoczonym centrum handlowym. Był czas gorączki przedświątecznej, co zaogniało dodatkowo sytuację; w końcu nikt zdrowy na umyśle nie lubi Świąt Bożego Narodzenia!

– Chciałbym zrobić zdjęcie.

– Przecież robisz zdjęcia, wariacie!

– Nie-eee… Takie zdjęcie, żeby dawało po oczach. Takie, żeby było symbolem moich zdjęć. Takie, takie…. no wiesz.

– Nie. Nie wiem. Wymyślasz, zamiast skupić się na zakupach.

Rudolf ponuro łypnął wzrokiem na swoją małżonkę. Najwidoczniej znowu nic nie rozumiała. A co najgorsze, on sam nie potrafił tego wyartykułować, co nie ułatwiało sprawy. Zmarszczył czoło i puścił rękę zaaferowanej zakupami kobiety. Zdecydowanie potrzebował jakiegoś impulsu.

“Impulsu, srulsu”, pomyślał ponuro. Rozglądając się wokół widział jedynie szarość i kadry, które już dawno przelały się przez plfoto. Odkąd przestał pić i nie zdarzało mu się już być miętowym, nie potrafił nawet widzieć w ten specyficzny sposób, który czasem prowadził do zrobienia zdjęcia. Świat się walił na jego głowę, a wokół nie było nikogo, kto by dostrzegał katastrofę, nie mówiąc już o jakiejś pomocy.

– Dzień dobry, zapraszamy do promocji! — zaszczebiotała przebrana za aniołka hostessa, ze zniewalającym uśmiechem wręczając ulotkę stojącemu na środku promenady Rudolfowi.

– Dziękuję — mruknął automatycznie obdarowany; tak, jak go wychowywała mamusia. Nie omieszkał otaksować również figury odchodzącej kobiety, która całkiem zgrabnie machała tyłeczkiem. Odruchowo spojrzał na świstek i zmiął go, żeby wyrzucić do najbliższego kosza. Zrobiwszy parę kroków zatrzymał się jednak gwałtownie - specyficzny uśmiech wykwitł na jego obliczu, a oczy wyraźnie zwilgotniały. Rozwinął szybko zmięty papierek i z zapałem zaczął się wczytywać w treść.

“Egzakli! To jest właśnie mój impuls!” — Mruknął na głos do samego siebie i pobiegł szukać małżonki.

***

Parę tygodni później, lotnisko Okęcie, Terminal 2

– Jak sobie pomyślę, że jedziemy na wycieczkę tylko dlatego, że dostałeś jakąś ulotkę, to mam wrażenie, że śnię. Ale cieszę się, kochanie — uradowana Kasia cmoknęła w policzek obciążonego aparatami Rudolfa. Ten spojrzał na 9-letniego syna, który obciążony statywem oglądał się za jakąś równolatką z warkoczykami. Wszystko układało się jak do tej pory idealnie.

Aż do tej pory. Nagle z końca kolejki zamachała znajoma postać, której istnienie o tej porze i w tym miejscu położyło się głębokim cieniem na szczęściu Rudiego.

Roderyk. Kłótliwy łysol, dołączył do tej samej kolejki, w której stałą podekscytowana rodzinka. Uśmiechał się wrednie z daleka i błyskał oczami, ewidentnie zadowolony z siebie.

– Zaraz wracam — mruknął do żony Rudolf i podszedł do świeżo przybyłego.

– Co ty tu robisz, łajdaku?! — wycharczał podchodząc.

– Niezbyt miło mnie witasz, biorąc pod uwagę więzi, jakie nas łączą. Lecę na wakacje, he he.

– To ja lecę na wakacje. Nie możesz mi ich teraz zepsuć!