Gim2 (Gizman2) - blog z życia codziennego i nie

Aktualności

Co powinienem robić własnoręcznie?

Dawno, dawno temu istniała taka tendencja, by wszystko raczej robić samemu. Dziś – chyba zupełnie odwrotnie: wszędzie podwykonawcy, a nawet podwykonawcy podwykonawców. Pewnie znacie przykład fotografa, który jedyne, co robi, to wymyśla kadry i firmuje zrobione przez innych zdjęcia swoim nazwiskiem: tak właśnie przecież pracuje choćby Gregory Crewdson.

Dla mnie – to przesada. Ale w takim razie: co powinienem robić sam, a co oddać do zrobienia innym?

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że sam nie wołam filmów. To z resztą jest trochę niespójne, bo mój proces nie jest ciągły: zaczynam od wymyślenia zdjęcia, skadrowania i utrwalenia aparatem, po czym oddaję do wołania i znowu wkraczam na scenę tworząc samodzielnie odbitkę. Trochę dziwne.

Może więc powinienem pójść dalej?

Dla wielu logicznym i automatycznie nasuwającym się przedłużeniem własnej fotograficznej pracy jest oprawianie fotografii: od wycięcia passe-partout do zrobienia ramek i tak dalej. Sami zresztą popatrzcie na krótki filmik pokazujący taką pracę – może się niektórym przyda, bo polskich publikacji prowadzących do profesjonalnej oprawy nie ma wiele w sieci:

I to jest jak najbardziej OK, ale dziś zastanowiło mnie, czy nie powinniśmy iść w drugą stronę: własnoręcznie tworzyć aparaty!

Dlaczego nie? Przecież mówią, że takie „otworki” można zrobić nawet z pudełka po butach!

Omfman 45 ff47
Omfman 45 ff47

I pewnie sam też bym próbował zrobić sobie aparat, gdybym nie poznał swego czasu twórcy dość znanych otworków (i nie tylko) – OMFMANa.

Do licha, z jednej strony chciałbym mieć w sobie tyle samozaparcia, by ogarniać całościowo fotografię – od zrobienia własnoręcznie aparatu do oprawienia zdjęcia i przybicia pięknej ramki z fotografią do ściany. Jednak – patrząc na te małe dzieła sztuki, które robi Omfman, jestem pewien, że nie potrafiłbym zrobić tego lepiej.

Sami popatrzcie – ja widziałem je na żywo, i muszę przyznać, że trochę jestem dumny, że te drewniane piękności powstają u człowieka, którego znam, i to z etykietką „Made in Poland”.

:)

Kasa, kasiora, piniądze, mamona, czyli: ile wziąć?

Rudolf jest naiwny. Rozpoczął wątek o YoursGallery i tak naprawdę go nie dokończył.

Spójrzmy prawdzie w oczy: najważniejsza dla artysty jest kasa. To ona decyduje o motywacji do dalszego tworzenia.

Dlatego dziś postanowiłem trochę pomóc wszystkim tym, którzy będąc zagubionymi w krainie kapitalizmu – wciąż pytają ile mają wziąć za zdjęcie czy chałturkę w postaci ślubu kolegi.
No nie, przesadzam – ślubów nie dotknę, nie znam się na tym.

Od dziś więc świat będzie piękniejszy: nikt nie będzie musiał zadawać wkurzających pytań na forach, nikt nie będzie musiał pisać pseudo-anonimowych maili z pytaniami. Nikt nie wymęczy kolegi zawodowca zapijając go prawie na śmierć w celu wyciągnięcia cennika!

A więc: Ile wziąć za zdjęcie?

Przede wszystkim parę założeń:

Po pierwsze zakładam, że sprzedajemy odbitkę – coś materialnego. Ta odbitka to nie jest pocztówka do wydruku w tysiącach egzemplarzy, tylko pojedyncza fotografia. To bardzo ważne, bo przecież innej „licencji” potrzebuje wydruk 100 000 obrazków, a innej jeden, wiszący na ścianie, prawda?

Okay, więc wiemy już mniej więcej, o czym mowa.

Teraz jak dojść do ceny?

Otóż jest kilka składników:

  1. Sprzęt fotograficzny – na który składają się aparat, obiektywy, statywy, itd. – wszystko, co potrzebne do zarejestrowania zdjęcia; taki sprzęt to niezbędny wydatek, by cokolwiek zarobić, prawda?
  2. Sprzęt dodatkowy – czyli wszystko, co służy do przeniesienia zarejestrowanego obrazu na odbitkę: jednym słowem: powiększalnik, albo drukarka fotograficzna;
  3. Media i inne materiały – czyli film (w przypadku fotografii tradycyjnej), papier (lub w przypadku starych technologii nawet szkło), chemia (lub tusze w przypadku wydruku na drukarce), itd.
  4. Czas pracy fotografa – policzcie sobie, ile średnio spędzacie czasu na zrobieniu zdjęcia – od „wychodzenia” kadru, przez rozstawienie się ze sprzętem, złapanie tej właściwej klatki, obróbkę i w końcu po przeniesienie na docelowy papier! To trzeba policzyć, przecież czas jest najcenniejszy, bo nie można go dokupić!
  5. Koszt ciągłego rozwoju – czyli: jeśli chcecie utrzymać się w formie, musicie robić zdjęcia nawet takie, których od was nikt nie kupi. Musicie ćwiczyć. A ćwiczenie to materiały, które kosztują – kto ma za to płacić? Oczywiście: klient. Musimy to policzyć!

Oczywiście zliczywszy to wszystko wychodzi nam tylko i wyłącznie cena czasu i materiałów – a co z resztą? Nazwisko, wygrane konkursy, wystawy indywidualne, zbiorowe – to wszystko tworzy markę, a za markę się płaci! Musimy więc to też policzyć!

Wiem. Wygląda naprawdę na porządnego excela. Ale nie bójcie się – zrobiłem go dla Was – wszystko co musicie zrobić, to wypełnić pola, o które zapyta formularz dostępny na oddzielnej stronie.

I teraz powiedzcie – jak tu mnie nie kochać?

Popatrzmy, ile powinien brać taki typowy, brodaty fotograf, bez nazwiska i bez wygranych konkursów, zakładając, że ma dość średnio-wysokie koszty materiałów, ale go na nie stać, bo jako przedstawiciel wolnego zawodu zarabia całkiem nieźle – załóżmy, tak z osiem tysięcy złotych.

Wychodzi trochę ponad 400 zł.

A teraz popatrzmy co się stanie, gdy wygra parę konkursów lokalnych i międzynarodowych oraz zrobi indywidualną wystawę:

Woooow, od razu 1600 zł za odbitkę! To się nazywa siła marki!

A teraz: co się stanie, gdy umrze (oczywiście po wyrobieniu tej marki): jego prace powinny przynajmniej przez jakiś czas osiągać ceny ok. 6500 zł!!!

Prawda, że fotografia to wspaniałe źródło dochodu? ;)

Masakra w YoursGallery

Jestem zniesmaczony. Czuję się wręcz zbulwersowany!

Wybrałem się dziś do Yours Gallery – ponieważ kończy się tam wystawa „Masa prac”, będąca – o ile dobrze zrozumiałem – subiektywnym przekrojem przez polską fotografię, raczej z ukierunkowaniem na młodych artystów. Na stronach samej galerii można przeczytać zresztą ciekawy tekst:

Każde pokolenie ma swoich idoli i bohaterów, poszukujących nowej estetyki, dlatego też zachęcamy Państwa do spojrzenia na tę szeroką panoramę składającą się z już uznanych nazwisk i tych, które czekają dopiero na Państwa odkrycie.
Masa prac to ponad dwudziestu autorów oraz blisko siedemdziesiąt fotografii, zróżnicowanych tematycznie, technicznie, a także cenowo. Każda z nich jest przygotowana od razu do zakupu, dzięki czemu może stać się unikalnym prezentem dla najbliższych lub początkiem nowej kolekcji.

I wiecie co? Nawet rzeczywiście można znaleźć tam parę porządnych zdjęć. Tak ze dwa.

Wyszedłem zdruzgotany – moja małżonka zresztą również, ale ona sama twierdzi, że się nie zna, i ją to nie zaskakuje. Jednak ja się czuję podle – i nie dlatego, że niby się znam, o nie! Wyobraźcie sobie, że tak znaczące miejsce na fotograficznej mapie Warszawy po dzisiejszym dniu kojarzy mi się z dyletanctwem, wprowadzaniem w błąd i „totalnym kosmosem”, jeśli chodzi o wyobrażenie o tym, ile fotografia wg wiszących autorów powinna kosztować.

Zacznijmy więc od tych autorów i kwestii pieniężnych, jako że one budzą zwykle duże emocje. Takoż i tu – ponieważ w wystawie uczestniczyły znane nazwiska (Wieteska, Milach, itd.), założyłem, że – jak to w życiu – ceny będą najwyższe właśnie pod takimi zdjęciami. Jednak niekoniecznie. Nazwiska cokolwiek mi mówiące miały ceny od 800 zł za odbitkę do 1400 (max to chyba duże odbitki autorstwa Zorka Project oscylujące w granicach 2000PLN).

I co się okazuje? Otóż młodzi autorzy okazują się nie mieć w ogóle wyczucia rynkowego i chcą… zwyczajnie więcej niż za prace ich starszych, bardziej doświadczonych i znanych kolegów! Na ten przykład: prace (nijakie zresztą) pani Anny Orłowskiej kosztują 1900 PLN. Za wydruk.

Buahahaha!

Na szczęście Niewidzialna Ręka Rynku weryfikuje takie zapędy – i zwyczajnie nikt tego nie kupuje. Na moje pytanie do pani siedzącej za biurkiem, czy prace się sprzedają – dostałem odpowiedź, że jak widać – czyli tam, gdzie puste miejsca, tam sprzedane. Mimo, że dziś wystawa się kończy – ja pustych miejsc nie zauważyłem, ale moja małżonka twierdzi, że jedno widziała. Gratulacje dla autora/autorki! ;)

To teraz o smutniejszej, i chyba trochę mniej fascynującej części – okłamywanie nabywców i brak rozeznania w temacie pracowników Yours. Wyobraźcie sobie, że większość prac była podpisana jako:

Traditional photo baryte paper

Na początku pomyślałem sobie, że to dziwne – po pierwsze: literówka. Tak zwany baryt (w odniesieniu do papieru) w języku angielskim zwie się chyba raczej „baryta”, co ma odróżniać siarczan barytu od samego barytu. Ale to nieistotne, jako że każdy ma prawo do pomyłki. Nawet na kilkudziesięciu pracach na raz.

Istotne jest to, że wiedziałem, że niektóre z tych zdjęć są wydrukowane na drukarce – jakże to tak, myślę sobie, czyżby autorzy zrobili tradycyjne barytowe odbitki specjalnie na tą wystawę? Cokolwiek dziwne, znając wrodzone lenistwo fotografów ;)

No i się okazało – wystarczyło dokładnie przeczytać podpisy i podpytać Panią za Biurkiem – że w YoursGallery tradycyjne są… wydruki z drukarek fotograficznych! Najlepiej firmy Epson.

Ja się pytam: czy to jest właśnie dyletanctwo, czy może nierzetelność galerii, czy zwykłe wciskanie kitu ludziom, którzy przyszli ewentualnie zakupić „oryginalną pracę”???

Jakakolwiek odpowiedź by nie była – czuję się zawiedziony. Maksymalnie – zarówno brakiem poczucia rzeczywistości rynkowej wśród młodych autorów, jak i wciskaniem kitu, że odbitka jest tradycyjna (w domyśle: ręcznie wytworzona, trwała, unikalna).

Wniosek jest jeden – zarówno autorom, jak i pracownikom galerii zwyczajnie się nie chciało – ani sprawdzić w słowniku przetłumaczonych na angielski podpisów (a w końcu w Polsce jesteśmy, to nie mogło zostać po polsku?), ani zrobić rozeznania w kwestii cen fotografii na świecie, ani potraktować fotografii i klientów/odbiorców na tyle poważnie, żeby się nie ośmieszyć.

I to jest najsmutniejsze – że po prostu wszyscy oni olali sprawę.

Co można powiedzieć o fotografie?

Zwykłem sobie myśleć, że fotograf to taki typowy troll – narobi się, a nikomu to niepotrzebne; niby wszędzie ich pełno, a filmów o nich raczej nie kręcą; książek też raczej się nie pisze…

Oj, gadasz głupoty – zapewne usłyszę. Są tacy, którzy błyszczą w świetle jupiterów i koszą muchos dolaros! Piszą o nich w na blogu Iczka. Nawet – uwaga – na rynku polskim, czego mocnym potwierdzeniem niech będzie obecność naczelnego fotografa mody, pana Tyszki, w najnowszym dowodzie na to, że kulturalna misja TVP to „nie bele co”!

Ale to, proszę ja Was, nie są fotografowie.

To są celebryci. Zostawmy więc ich…  Pudelkowi!

Z powrotem więc – wśród prawdziwych fotografów; na pewno zauważyliście, jak łatwo jest strzelić fotkę fotografa przy pracy. Zapewne każdy fotografujący taką ma. Strzelamy my, strzelają nam, i ogólnie takich pseudo-bekstejdży jest od groma.

Racja?

No i właśnie! Ale czy widzieliście kiedyś naprawdę spójny i porządnie zrealizowany materiał fotograficzny na temat pracującego fotografa? Nie na temat konkretnego projektu, tylko na temat osoby, która trzyma aparat; dodatkowo takiej, o której jednak Pudelek do tej pory nie pisał!?

Ja widziałem – i muszę przyznać: spodobało mi się. Stąd ten tekst – po prostu zapraszam wszystkich do obejrzenia.

I tyle. Żadnych ukrytych chęci zysku. Żadnego podstępu. Po prostu dzielę się tym, co dobre. Powaga. Nic mną nie kieruje. Dajcie sobie spokój z tymi podejrzeniami!!!

Złoty podział

Używasz złotego podziału?

Pewnie tak, skoro robisz zdjęcia. Chyba, że kadrujesz centralnie i walisz lampą z maksymalną mocą – ale wtedy co Ty tu robisz, do licha? ;)


Boskie proporcje, podsumowane zgrabnym ciągiem liczb 1,618033989 były od wieków stosowane w architekturze, malarstwie i innych sztukach (mniej lub bardziej użytkowych). Fotograf pierwszy raz zapoznaje się z tym fenomenem, gdy każą mu kadrować tak, by ważne miejsca obrazu były w tzw. mocnych punktach. Tak, tak, te mocne punkty, opisywane często jako 1/3 obrazu (dotyczy kadru prostokątnego) to takie uproszczenie boskiej proporcji – więc pewnie jest to najpopularniejsza na świecie porada dotycząca robienia zdjęć. Spotkać się można nawet z odpowiednim oprogramowaniem wspomagającym kadrowanie, nawet w postaci pluginów do fotoszopa.

Oczywiście, ponieważ jedynym politycznie poprawnym sposobem kadrowania jest kwadrat (zawsze!), powinniśmy tu zaakcentować fakt, że do takiej proporcji łatwiej jest używać pentagramu jako „rozpiski” wyznaczającej mocne punkty obrazu. Ale o tym już było.

Czego jednak nie było, to fakt, że fizycy ostatnio odnalezli boskie proporcje na poziomie kwantowym! To jest dopiero coś – od galaktyk do pojedynczych atomów (a nawet głębiej) – i na każdym kroku masz człowieku wszędzie ukryte piękno. Niesamowite.